Bez komży

KnC 1/2016

Reportaż LSO

Reportaż LSO

​Drogowskaz pokoleń

Autor: Michał Bondyra
Grając na organach „u Kozala” w Gnieźnie pan Leszek Szafrański dziś częściej patrzy w nuty niż na czytającego Pismo Święte syna Bartłomieja i służącego przy ołtarzu wnuka – Tymka. Oni nie potrzebują już wskazówek, by służyć tak, jak kiedyś senior rodu.

 
Wspólnie zasiadamy do stołu. Pan Leszek Szafrański, jego syn Bartłomiej i wnuk Tymoteusz. Senior rodu ministrantem był sześć lat, teraz gra na organach, pan Bartek nieprzerwanie służy od 1988 r. choć już nie jako ministrant, a lektor, Tymek – ministrancką komżę zakłada ledwie od półtora roku. Nasze spotkanie było przyczynkiem do tego, by po raz pierwszy trzy pokolenia wspólnie porozmawiały o służbie liturgicznej przy… stole. – Wcześniej to się nie zdarzyło. Sprawy liturgiczne omawiamy w kościele – mówi zdecydowanie pan Bartek. – Także z organistą – dodaje ze śmiechem, patrząc na ojca.
 
Nadawałbyś się
Trzy pokolenia męskiej części rodu Szafrańskich łączy wiek, w którym rozpoczęli służbę przy ołtarzu. – Ks. Kazimierz Sójka robił nabór do ministrantów. Pamiętam, jak przyszedł do nas na lekcję religii, popatrzył na mnie i powiedział: „Nadawałbyś się”. Miałem wtedy osiem lat – wspomina pan Leszek. Nie odpowiedział od razu. Najpierw spytał rodziców. Ci postawili mu krótkie pytanie: „Dasz radę?”. Dał, przez sześć lat gorliwe służył w parafii św. Floriana w Chodzieży. Pan Bartłomiej rozpoczął swoją służbę w tym samym wieku co ojciec. Odszukał ministrancką legitymację. – Sprawa zaczęła się w 1988 r. w katedrze gnieźnieńskiej. Tam byłem wyświęcony na ministranta chyba wraz ze starszym bratem – mówi. Pani Łucja, mama pana Bartka potwierdza i pokazuje zdjęcie, a na nim dwóch synów: Łukasza i Bartka. – Po was ministrantem został Krzysztof, najmłodszy – dopowiada. W katedrze służył osiem lat. W 1995 r. został wyświęcony na lektora i tak bez żadnej przerwy czyta Pismo Święte do dziś. Tymek – syn pana Bartka i wnuk pana Leszka zaczął służbę pół roku później. Wcale nie za namową dziadka czy taty. – Kolega z klasy Maks tyle mi o służbie przy ołtarzu opowiadał, że koniecznie chciałem zostać ministrantem – mówi 10-latek, najgorliwszy ministrant w parafii.
 
U Ewy na płocie
Szósta rano. To była ulubiona godzina służby pana Leszka. – Najbardziej lubiłem przy ołtarzu służyć sam. A tak wcześnie rano zwykle nikt prócz mnie nie przychodził – wyjaśnia. Koledzy przychodzili na 7.00, 8.00 albo 18.00. mimo cotygodniowych grafików dyżurów, na szóstą często był wakat. Podobnie było w niedzielę: „Lubiłem wszystko robić sam, maksymalnie się zaangażować”. Wspomina służbę inną niż dziś: sprawowaną po łacinie, tyłem do ludzi, „na stopniach ołtarza”. – Pamiętam, jak przenosiliśmy mszał z jednej strony ołtarza na drugą. To chodzenie z ciężką księgą w górę i w dół – przyznaje. Ze śmiechem wspomina też czasy wielkich uroczystości przy okazji świąt Wielkiejnocy czy Bożego Narodzenia: „Pod komże zakładaliśmy wtedy ciężkie i długie do kostek rewerendy, na szelkach z koca. Jak się ta rewerenda zawinęła między nogami, to się z tym mszałem nie szło, a ślizgiem jechało”. Służbę ojca pan Bartek zna z opowiadań. Podobnie jak Tymkowi, trudno mu sobie wyobrazić, by nie służyć na Mszy, która odprawiana jest po polsku, w której wraz z księdzem nie stoją przodem do wiernych. Sprzed kilkunastu lat pamięta nie tylko zbiórki czy dyżury, ale też wspólne spotkania… u Ewy – córki sąsiadów na płocie. – To był czas, gdy poza lektorami były też u nas lektorki. Godzinami z nimi gadaliśmy, a potem wspólnie się odprowadzaliśmy – wspomina. Jedna z lektorek – Karolina, została żoną pana Bartłomieja. – Zaiskrzyło między nami na wyjeździe z księdzem do Bardo – śmieje się. A Ewa? – W efekcie tych ich spotkań dziś jest w zakonie – tłumaczy pani Łucja. Już jako nie Ewa, a Amanta, dominikanka.
 
Tymek gorliwy
Ks. Jakub Dębiec, duszpasterz diecezjalny służby liturgicznej archidiecezji gnieźnieńskiej wspomina, jak poznał Bartka: „Miał 20 lat. Zawsze zaangażowany, potem pomagał też prowadzić ministrancką grupę”. Duszpasterz zapamiętał też jedno: młody chłopak odznaczał się wtedy dużą gorliwością. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Gorliwością przecież na wczesnoporannych Mszach odznaczał się pan Leszek. Dziadka i tatę przebija jednak Tymek, który w zeszłym roku został uznany za ministranta roku w parafii. Zdobył 174 punkty, drugiego w klasyfikacji kolegę wyprzedzając o ponad 30. – Za moją gorliwość dostałem trzyosobowy namiot – cieszy się. Z pewnością, gdy będzie starszy, razem z Maksem i Pawłem, którego zachęcili do wspólnej służby, wybiorą się z tym ekwipunkiem w góry. Oczywiście jeśli wciąż będą się kolegować. Na to się jednak zanosi, bo pan Bartek mówi, że znajomości z początku ministrantury, mimo różnych kolei życiowych, wciąż pozostają: „Gdy się spotkamy, zawsze pogadamy. Gdyby trzeba byłoby któregoś z nich poprosić o przysługę, jestem więcej niż pewny, że by mi pomógł”.
 
Pastor Bartek
Pastor. Takie przezwisko wymyślili panu Bartkowi koledzy, gdy służył w wojskach rakietowych w Choszcznie. – Co tydzień widzieli mnie w kaplicy, jak noszę ampułki, dzwonię i czytam. Skojarzyli z księdzem i tak już zostało – śmieje się teraz, choć znakiem rozpoznawczym jego służby była… kamienna twarz. – Zero uśmiechu, maksymalne skupienie – przekonuje. Zmienić to w czasach służby w wojsku próbowało dwóch wikarych. Pan Bartek wspomina jak jeden stanął na końcu kościoła i niewidziany przez wiernych zasalutował mu. – Innym razem wikary, zasłaniając tył głowy drzwiczkami od konfesjonału wyjrzał z niego i pokazał mi język – mówi. W obu przypadkach pan Bartek pozostał niewzruszony. Dziś próbuje… rozśmieszyć swojego syna – Tymka. – Tata robi głupie miny, ale ja utrzymuję powagę – odpowiada najmłodszy z rodu Szafrańskich. Z ministranturą i wojskiem wiąże się jeszcze jeden zwyczaj. Opowiada o nim ks. Jakub Dębiec: „W parafii Kozala była taka tradycja, że w Wielką Sobotę przy Grobie Pańskim służbę pełniła straż składająca się z ministrantów. Bartek był zawsze dowódcą tej straży, to on przyprowadzał nową zmianę i zwalniał ze służby starą”.
 
Zjawa i atak śmiechu
Kto idzie na najbogatsze ulice? Takie pytanie często zadają ministranci, gdy zbliża się kolęda. Nie inaczej było, gdy księdzu podczas wizyt duszpasterskich towarzyszył pan Bartek. Mimo że był gorliwy zwykle te najbogatsze domy go omijały. – Zamiast jednej bogatej ulicy, dostawałem dwie biedniejsze – śmieje się i wspomina, gdy wraz z kolegą gościli u pewnej starszej pani. – Na stole rozłożyła kopertę i 5 tys. zł oraz 50 tys. zł, bo to były jeszcze czasy przed denominacją – mówi. Staruszka najzwyczajniej w świecie pomyliła zera i banknot, który miał wylądować w kopercie dla księdza, znalazł się na stole jako kieszonkowe dla jednego z ministrantów. – Uświadomiliśmy starszej pani błąd i zamieniła banknoty – zapewnia średni z rodu Szafrańskich. U pana Leszka na kolędzie powiało za to grozą. Wraz z księdzem chodzili po obrzeżach Chodzieży, nieoświetlonych żadną latarnią. By oświetlać sobie drogę, mały Leszek zawsze z sobą brał latarkę. Pewnego razu wyczerpała się bateria, a on nie miał zapasowej. – Weszliśmy w ślepy zaułek. Starałem się namacać światło lub dzwonek, ale zamiast tego, ktoś chwycił mnie za rękę. Śmiertelnie się przestraszyłem – wraca pamięcią do kolędy sprzed pół wieku. Okazało się, że ręka nie należała do zjawy, a kolegi. Pan Leszek wspomina też inne zdarzenie. – Mój kolega dostał takiego ataku śmiechu, że musiałem go zostawić przed drzwiami i zaśpiewać kolędę sam – mówi. Ze śmiechem wiąże się też zeszłoroczna kolęda Tymka. – Kolega miał w komórce aplikację „najlepsze żarty” i choć na tamtej ulicy dużo pieniędzy nie zebraliśmy, to dzięki tym dowcipom, to była moja najlepsza kolęda – tłumaczy.
 
Równy gość
Drogowskaz – tak mówi o ministranturze pan Leszek. Senior rodu wspomina czasy, w których opresyjny system komunistyczny w uroczystościach kościelnych uczestniczyć zabraniał. – Jak była procesja Bożego Ciała naciskano, bym brał udział w wiecach propagandowych. Grożono mi w szkole, że jak wezmę udział w procesji, to będę miał obniżone oceny z zachowania i z poszczególnych przedmiotów – opowiada. Pan Leszek nie wystraszył się i co roku w procesjach uczestniczył. Z tym, że jest ministrantem nie krył się nigdy też pan Bartłomiej. Ani w szkole, ani na studiach, ani w pracy. W szkole, gdy ktoś chciał z niego zakpić, odbijał piłeczkę: „Widziałem cię wczoraj w kościele – słyszałem. Ja Ciebie też. Szkoda, że tylko wczoraj – odpowiadałem”. Z czasów studenckich pamięta, jak na jednej z imprez podszedł do niego kolega. – Szafa, masz swoje zasady i się ich trzymasz – powiedział z szacunkiem. W szkole, gdzie obecnie uczy wychowania fizycznego, uważany jest przez uczniów za równego gościa. Gościa, który pewnie nie może mieć nic wspólnego z Kościołem. Jakie jest ich zdziwienie, jak zauważają na przegubie jego ręki bransoletkę „Jezu ufam Tobie”. – Myślę, że to przez służbę taki jestem, to przez nią wszedłem w głębsze relacje z Bogiem – tłumaczy. Tym, że jest ministrantem szczyci się w swojej klasie też Tymek. Często opowiada, jak wygląda jego służba i zachęca do niej kolegów. Tak jak w przypadku Pawła – zdarza się, że skutecznie.

 Tekst i zdjęcia Michał Bondyra

Komentarze

Zostaw wiadomość
Wpisz kod bezpieczeństwa
 Security code

Komentarze - facebook

Facebook - ministranci.pl

Inne bez komży

KnC 5/2021, Michał Bondyra
KnC 5/2021, Michał Bondyra
KnC 5/2021, Michał Bondyra

Z komżą

KnC 5/2021, ks. Jacek Zjawin
KnC 5/2021, ks. Jakub Dębiec
KnC 5/2021, ks. Kamil Falkowski
KnC 4/2021, ks. Jakub Dębiec
Zajrzyj do księgarni
Odważni Best
seller
Randy Alcorn
KSIĄŻKA
34,90 zł 29,50 zł
Franciszek dla mężczyzn
Markus Hofer
KSIĄŻKA
24,00 zł 20,40 zł
Kim jestem? Pytania w drodze
ks. Jan Twardowski
KSIĄŻKA
29,90 zł 25,50 zł

Ciekawe wydarzenia

 
Newsletter
Zapisz się i otrzymuj zawsze bieżące informacje.
Social media