Nasza rozmowa
Nasza rozmowa
Manifestacja chrześcijańskiej radości
Autor: Michał Bondyra
Z Andrzejem Bolewskim, inicjatorem poznańskiego orszaku trzech króli, jednym z członków zespołu koordynującego wszystkie polskie orszaki, o publicznym kolędowaniu rozmawia Michał Bondyra
Z Andrzejem Bolewskim rozmawia Michał Bondyra:
Po bardzo pracowitym okresie Narodzenia Pańskiego, zarówno dla księży, jak i ministrantów, kolejne dni i dla jednych, i dla drugich są równie pracowite. Początek roku wyznaczają przecież wizyty duszpasterskie. Ty jako ministrant nie towarzyszyłeś jednak księdzu w kolędzie, dlaczego?
– Wychowałem się na warszawskim Ursynowie i przynajmniej w Warszawie nie spotkałem się nigdy ze zwyczajem, aby ministranci towarzyszyli księdzu po kolędzie. Raz rzeczywiście ksiądz wikary poprosił mnie, abym porozwieszał na klatkach w blokach informacje o dniu kolędy. Z chodzeniem po kolędzie spotkałem się dopiero po przeprowadzce do Poznania. Powiem pragmatycznie, warszawscy ministranci za moich czasów zasilali swoje fundusze podczas Wielkanocy, kiedy za drobne „co łaska” rozdawaliśmy ludziom wodę święconą.
Chociaż nie kolędowałeś po domach z proboszczem i wikarym, dziś nadrabiasz zaległości na znacznie większą skalę. Skąd pomysł na orszak trzech króli?
– Pomysł orszaku wyrósł z podwarszawskiej Szkoły Stowarzyszenia Sternik, która powstała z inspiracji nauczaniem św. Josemarii Escrivy. Któregoś roku ich szkolne jasełka odbywały się w dużym warszawskim teatrze, jednak i ten okazał się za mały. Przyszedł im wtedy do głowy pomysł zorganizowania jasełek na ulicy. Zdecydowali się właśnie na historię trzech mędrców, a wszystkie dzieci miały łatwe role do zagrania, mianowicie jako giermkowie w orszakach.
Kiedy idea orszaków zakrzewiła się w całym kraju w związku z 6 stycznia jako dniem wolnym od pracy, mieszkałem już w Poznaniu. To miasto zawsze stara się być w awangardzie, i pomyśleliśmy ze znajomymi, że szkoda stracić taką okazję do zrobienia czegoś dobrego. W pierwszym roku czasu na przygotowania w Poznaniu mieliśmy bardzo mało, ale wszystko zakończyło się dużym sukcesem. Przydały się też moje warszawskie kontakty.
więcej w styczniowym numerze "KnC - Króluj nam Chryste"
fot. R. Woźniak/KnC