Jako jedna polska wioślarka wystąpiła w finale olimpiady w Pekinie. Rok później zdobyła wraz z Magdą Fularczyk pierwsze dla Polski złoto w mistrzostwach świata w Poznaniu. Teraz celuje w złoto w Londynie. By to osiągnąć na obozach wyciska ósme poty, ale nie narzeka. Julia Michalska wyznaje bowiem zasadę: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

Z Julią Michalską rozmawia Michał Bondyra
„Tylko trenowałam, spałam i jadłam” – tak mówiłaś dwa lata temu, kiedy to wraz z Magdą Fularczyk w Poznaniu zdobyłaś mistrzostwo świata w wioślarskiej dwójce. Jak wytrzymać taki reżim młodej dziewczynie, gdy świat dookoła wręcz zaprasza do pójścia na skróty, po najmniejszej linii oporu – minimum wkładu maksimum zysku?
– Jest to chyba zasługa dyscypliny jaką mam przyjemność trenować i tego w jaki sposób trening jest rozłożony w czasie. W pierwszych latach, gdy zaczynasz trening robisz to dla przyjemności i często zabicia czasu, by nie spędzać go tylko przed komputerem, telewizorem, czy na podwórku gdzie w wieku ok. 14 lat czyhają naprawdę różne rzeczy. Potem wpadasz w systematyczny trening, który powoli odnosi skutek – daje wysokie miejsca na zawodach regionalnych, ogólnopolskich. Aż tu nagle przychodzi jedno powołanie do kadry narodowej i kolejni fajni ludzie, możliwość zwiedzania różnych ciekawych miejsc. Człowiek się nie zdąży się obejrzeć jak zabawa zaczyna się przeistaczać w styl życia. Tak właśnie było w moim przypadku: spodobało mi się i inne pokusy nie były w stanie przezwyciężyć chęć zrobienia treningu następnego dnia.
Treningi wioślarza to pewnie nie tylko te w łódce, do tego nie tylko przed zawodami. Jak często ćwiczysz i jak urozmaicone są te ćwiczenia, które wykonujesz?
– W normalnych trybie, czyli przez 10 miesięcy od listopada do końca sierpnia, poza domem jesteśmy 260-300 dni w roku. W ciągu miesiąca w domu jestem wtedy 3 do 5 dni. Trenujemy ok.16-20 razy w tygodniu. Wszystko jednak zależy od okresu przygotowania: „zimą” gdy budujemy wytrzymałość, siłę i wydolność treningi są długie i monotonne, w okresie startowym też mamy ww. aspekty, tyle że w mniejszym stopniu, kładziemy wtedy nacisk na dynamikę i przede wszystkim technikę.
Jeść pewnie też nie możesz wszystkiego. Co więc możesz, a co chętnie byś zjadła, ale musisz obejść się smakiem?
– Ja akurat jeść mogę, a nawet muszę. Do tego dużo, często i wszystko, bo mam problem z utrzymaniem wysokiej masy ciała.
Nic tylko pozazdrościć. Co do smaku; złoto pewnie smakuje najlepiej, ale zeszłoroczne medale wicemistrzostwo Europy w Montemor o-Velho i brąz mistrzostw globu w Karpiro też pewnie nienajgorzej. Te sukcesy traktujesz jako osiągnięcia czysto sportowe, czy gdzieś tam jest także myśl, że rozsławiasz Polskę na świecie, budując w ten sposób dobry jej wizerunek na zewnątrz?
– Jest swego rodzaju duma, że reprezentuje mój kraj, że ciężko na to zapracowałam i dostałam upragniony dres z orzełkiem na piersi i napisem „Polska” na plecach. Zakładasz go i ciarki przechodzą przez całe ciało. Fajne, naprawdę fajne uczucie, ale to dopiero początek, jeszcze wszystko przed nami do zrobienia: czyli start w najważniejszej imprezie w roku i pokazanie światu, że w Polsce też są dobrzy sportowcy i tu też można być najlepszym.
Poprzednie pytanie nie było przypadkowe, zadałem je w kontekście 11 listopada i święta niepodległości. Czym dla Ciebie jest patriotyzm?
– Szacunkiem do swojej ojczyzny, godnym jej reprezentowaniem. Jest też wiedzą na temat najważniejszych wydarzeń jakie miały miejsce w naszym kraju, szacunkiem do osób piastujących wysokie stanowiska, nawet gdy nie zgadzamy się do końca z poglądami tych którzy je piastują. To również pamięć o tych, którzy zginęli za niepodległy kraj. Patriotyzm to prawda, jaką powinniśmy przekazywać o naszym kraju tym, którzy go nie znają.
Sukcesy, których masz już niemało to jedno, porażki to druga strona sportu. Szczególnie wtedy, gdy nie zależą one od Ciebie a powodują je np. kontuzje. Jak sobie wtedy z tym radzisz?
– Staram się znaleźć osoby, które będą w stanie mi pomóc. Potem wykonuję to co mi proponują i… wychodzę z kontuzji, wracam do treningu. Wtedy jest bardzo ciężko, ale jest takie przysłowie, które często sobie powtarzam „co cię nie zabiję to cię wzmocni”
Wiem, że jesteś osobą wierzącą. Wiara, praktyki religijne kształtują Twój charakter?
– Tak, ale nie ukrywam, że nie jestem regularna jeśli chodzi o coniedzielne Msze św. Gdy nie jestem w kościele staram się znaleźć chwilę spokoju w ciągu dnia i tak sobie porozmawiać niby ze sobą. Wtedy jednak zawsze moje myśli kieruję do Kogoś. Poza tym czasem, a tego nauczyło mnie długie pływanie na jedynce, sama ze są sobą rozmawiam, wyobrażając sobie, że jednak Ktoś mnie słyszy. Już kilka razy miałam taką sytuację, że moje prośby zostały wysłuchane.
Wróćmy do porażek. Zastanawiam się czy wasze piąte miejsce na mistrzostwach świata w Bledzie zaliczyć do porażek, czy jednak mając na uwadze Twoją wcześniejszą kontuzję do sukcesów – przecież dzięki temu wystartujesz na igrzyskach w Londynie…
– Wszyscy, którzy nam gratulowali nam występu, robili to przez pryzmat zdobycia kwalifikacji olimpijskiej i raczej tak to trzeba traktować. Miałyśmy zdecydowanie większy apetyt i wierzyłyśmy do końca, że może być dobrze. Sport ma jednak to do siebie, że jest górka, ale i dołek. Mam nadzieję, że jesteśmy już na podejściu a nie na zejściu z tej górki i w najlepszym momencie 4 sierpnia 2012 roku (finał olimpiady w kajakarskich dwójkach) dojdziemy jako pierwsze na szczyt.
Życzenia sportowe wydają się oczywiste, ale zapytam o nie…
– Oczywiście złota olimpijskiego w Londynie na dwójce z Magdaleną Fularczyk.
A te prywatne?
– By było co najmniej tak dobrze jak jest teraz. No i bym zakończyła moje studia.
fot. arch. J. Michalskiej
![]()
| « poprzedni | następny » | « wróć |