Parafrazując słowa „Rejsu”: „Tegoroczna zima wywołała wielkie spustoszenie”. Warto zatem pomyśleć o jakimś planie ratunkowym, a konkretnie o wizycie w warsztacie lub serwisie.
Sławek: Zaraz po zimie zabieramy się za mycie auta w celu usunięcia soli, głównego wroga karoserii i podstawowej przyczyny rdzy. Niestety sami nie jesteśmy w stanie tego dobrze zrobić, bo najwięcej soli gromadzi się na podwoziu i w nadkolach. Nie poradzi z tym też sobie, oferująca wprawdzie mycie podwozia, myjnia szczotkowa. Trzeba zatem odwiedzić myjnię posiadającą podnośnik lub przynajmniej kanał.
Zaraz po umyciu należy sprawdzić czy wewnątrz nie gromadzi się woda. Zimą gumy i silikony łączące karoserię w wyniku czynników atmosferycznych mogą się rozwarstwiać, a w powstałe szczeliny wnika woda, która później marznąc powiększa szpary. Jeśli więc jadąc latem w deszczu nie chcemy poczuć się jak w kajaku, wizyta w warsztacie jest konieczna.
Wilgoć w aucie to kolejny pozimowy problem. Ilość wody ze śniegu wniesionego na butach może być spora. Najprostszym rozwiązaniem jest podkładanie pod dywaniki gazet, które szybko wchłaniają wodę. Po przesiąknięciu jednej podkładamy następną i tak do skutku. Potem ubieramy się w kąpielówki włączamy ogrzewanie na maxa i po 3 godz. jazdy problem wilgoci jest zażegnany. To nie żart.
Ks. Konrad: Mówisz o myciu. A co dalej?
Sławek: Dokładne oględziny. Szukamy ognisk zapalnych rdzy. Szczególną uwagę zwracamy na okolice zderzaków, błotników, progów i łączenia blach. Jeśli nie mamy akurat pieniędzy na profesjonalne wyprawki lakiernicze powinniśmy samemu oczyścić „zaatakowane” miejsce z rdzy papierem ściernym, pomalować pokładówką i lakierem wyprawkowym. Koszt nie przekroczy 30 złotych, a znacznie zmniejszy wydatki związane z nieuniknioną w przyszłości wizytą u lakiernika.
Ks. Konrad: Czy coś jeszcze możemy zrobić samemu?
Sławek: Możemy wymienić pióra wycieraczek, które praktycznie po każdej zimie nadają się do wymiany. Możemy też uzupełnić ubytki płynów technologicznych (płyn hamulcowy, chłodniczy, od wspomagania, elektrolit itp.), które w czasie zimy dużo szybciej się zużywają.
Ks. Konrad: A co zostawiamy dla warsztatów i serwisów?
Sławek: Bryły lodu i zamarzniętego śniegu na drogach, to ogromne niebezpieczeństwo obluzowania czy oberwania elementów montowanych na podwoziu. Stąd niezbędne jest sprawdzenie układu wydechowego, przewodów paliwowych i hamulcowych czy osłon. Zima to też spore wyzwanie dla zawieszenia przez rosnące, jak grzyby po deszczu dziury oraz działanie na elementy gumowe i „ruchome” zawieszenia piasku oraz soli. Najczęściej pękają gumowe osłony części napędowych i zawieszenia. Smar i piasek tworzy ścierną pastę niszczącą przeguby, sworznie, końcówki drążków kierowniczych, a potem całe wahacze. A jazda z jednym uszkodzonym elementem zawieszenia prowadzi do szybkiego niszczenia kolejnych. Im szybciej wiec sprawdzimy zawieszenie tym lepiej i taniej. Kolejny problem są zardzewiałe szczęki i zaciski, które mogą blokować hamulce, a to z kolei prowadzi do większego zużycia paliwa, ale przede wszystkim do przegrzewania łożysk w kołach i całego układu hamulcowego, co doprowadzić może do „zagotowania” płynu hamulcowego, zapowietrzenia i w konsekwencji do ryzyka wypadku.
Ks. Konrad: Sporo tego. Wskaż proszę na koniec jeszcze ostatnią z najbardziej istotnych, a niewymienionych kwestii.
Sławek: Zdecydowanie akumulator. Zwłaszcza w starszych akumulatorach po zimie mogą pojawić się spore problemy, szczególnie, gdy nie uzupełniamy niedoborów elektrolitu w akumulatorach „obsługowych”, gdy auto zimą „stoi pod chmurką” oraz gdy jeździmy bardzo mało przez co akumulator jest notorycznie niedoładowany. Może dojść wówczas do tzw. zasiarczenia, co jest uszkodzeniem praktycznie nieodwracalnym. Zresztą współczesne akumulatory ze względów komercyjnych są obliczone na ok. 3 do 4 lat eksploatacji.
Sławomir Gawelski od ponad 20 lat naprawia samochody, jest też właścicielem warsztatu. Wraz z ks. Konradem Rapiorem są pasjonatami motoryzacji
| « poprzedni | następny » | « wróć |