Przy ołtarzu klęczy na obu kolanach, w kajaku tylko na jednym. – Księża śmieją się, że kanadyjkarze to tacy „półświęci” – mówi Piotr Wiśniewski, od 10 lat ministrant w poznańskim kościele pw. Świętej Trójcy, a od 7 – kanadyjkarz „Posnanii”.
By pokonać 500 metrów na torze regatowym, musi wiosłować zaledwie dwie minuty. – By jednak stanąć na starcie poważnych zawodów i te 120 sekund dobrze przepłynąć, muszę wykonać masę pracy. Rocznie około 4 tys. kilometrów – tłumaczy Piotr. Te tysiące kilometrów na wodzie to jednak nie wszystko. – Trzeba pracować nad wytrzymałością, której nabywam w biegach i na siłowni. Podstawą jest jednak technika wiosłowania – zaznacza. Tej ostatniej nabywa na basenach pływackich, ćwicząc na specjalnym urządzeniu. – To jest prosta konstrukcja. W małym pomieszczeniu jest głęboki na pół metra basen, a na jednej ze ścian lustra. Przez środek basenu przeciągnięta jest deska, na którą zakładam klęcznik i wiosłuję, obserwując jednocześnie w lustrze, czy robię to dobrze technicznie – wyjaśnia tajemnice doskonalenia swojej techniki, w której wydatnie pomaga mu trener Rafał Rogoziecki.
Z dziurawym wiosłem i na klęczniku
Klęcznik, o którym wspomina Piotr, to jeden z ważnych, obok wiosła, elementów każdego kanadyjkarza. Z klęczeniem nie powinien mieć problemów, w końcu jest już od dekady ministrantem. – Tu klęczymy na jednym z kolan. Na początku jest problem, by utrzymać w takiej pozycji równowagę w kajaku, ale miękkie klęczniki ułatwiają nam ten stan osiągnąć, później już nie ma z tym żadnych problemów – zapewnia kanadyjkarz „Posnanii”.
Skoro o sprzęcie mowa, ten jest bardzo zróżnicowany i co ciekawe, może stanowić motywację do ciężkiej pracy. – Zaczynałem na ciężkiej plastikowej, z dziurawym drewnianym wiosłem; w miarę jak stawałem się lepszy, dostawałem najpierw coraz lepsze wiosła, a później też coraz lepsze łódki. Dziś ćwiczę na naprawdę profesjonalnych z włókna węglowego, choć nie na tych najlepszych, bo te zarezerwowane są dla olimpijczyków – tłumaczy, wspominając przy tym, jak będąc jeszcze w podstawówce, trener na szkolnym naborze przekonał go do kajaków.
Charakter i mądra głowa
Dziś Piotr Wiśniewski to kilkukrotny mistrz Polski i piąty zawodnik Europy w juniorach w kategorii dwójek. Coraz lepiej radzi sobie też w kanadyjkach jedynkach. W tym roku ostro przygotowuje się do startu na mistrzostwach świata w Moskwie. – To będzie mój ostatni występ w zawodach tej rangi w juniorach. Choć trudno mówić o szansach, to jedziemy tam po złoto – dodaje, zaznaczając przy tym, że o sukcesach w tym sporcie można mówić tylko po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego. – To marzenie każdego z nas. Kto je zdobędzie, na stałe wpisze się w historię tego sportu, bo polskie kajaki nie mają jeszcze olimpijskiego złota – mówi. By jednak osiągnąć ten cel, niezbędna jest ciężka praca, charakter, cierpliwość i mądra głowa.
Jak kromka chleba
Starty to nie tylko sukcesy, ale i masa stresów, no i porażek. – Najbardziej zestresowałem się, gdy na zawodach będących kwalifikacją do kadry, gdzie kwalifikuje się czterech pierwszych, nie było wiadomo kto, ja czy kolega, zajął ostatnie, premiowane kwalifikacją miejsce. Do tego wszystkiego zepsuła się fotokomórka. Sędziowie, po 2,5 godzinach debat, przyznali to miejsce mnie. A decydowały milimetry. Gdybym się nie zakwalifikował, miałbym stracony rok, bo tak naprawdę to całe przygotowania zależą właśnie od tego biegu – wyjaśnia Piotr. Stresujące są też badania wagi kajaku. – Na zawodach rangi międzynarodowej nie można jej przekroczyć nawet o 5 gramów, czyli o tyle, ile może ważyć... kromka chleba! – mówi. Tej sprawy Piotrek bardzo pilnuje, bo czym jest kromka chleba do mistrzostwa świata lub olimpijskiego złota?
| « poprzedni | następny » | « wróć |