– „Blanka” nie zdobędziesz od razu, wchodząc musisz koncentrować się na najbliższym zakręcie, potem kolejnym i tak metodą małych kroków do samego szczytu. Jak będziesz chciał zdobyć go od razu, albo na skróty, to nigdy ci się to nie uda – wyjaśnia Grzegorz Wujkowski, zeszłoroczny zdobywca Mont Blanc, zwanego Dachem Europy.
Najwyższy, liczący sobie 4810,45m.n.p.m, szczyt Starego Kontynentu, Grzegorz wraz z czwórką kolegów, zdobył 3 września. Do dziś w detalach pamięta każdą godzinę wyprawy. Szczególnie jednak moment, gdy po trudach stanął na szczycie. – Weszliśmy na niego po kilkudniowym marszu, krótko przed godziną 8. Radość, wzruszenie i satysfakcja, wyparły ze świadomości zmęczenie i ból samego wejścia – wspomina.
Rolling Stones i kawa w miskach
Pamięta też namioty rozbijane „pośrodku niczego”, na gołej skale oraz dojście do schroniska Gouter. – Trzeba się tam po prostu wdrapać po skałach, bo kąt nachylenia stoku jest ogromny. Schronisko jest na wysokości przeszło 3800m n.p.m. i zaczyna się już odczuwać mniejszą ilość tlenu w powietrzu. Dotarłem tam okrutnie wyczerpany, jednak na odpoczynek nie było czasu. Trzeba było założyć obóz, rozbić namioty, stopić śnieg w kuchence, by coś wypić i zmusić się do jakiegokolwiek jedzenia – wraca myślami do tamtej wyprawy.
Wujkowski wspomina też słynne „Rolling Stones”. – Nazwa wzięła się stąd, że na odcinku ok. 20 m szlaku, przelatują kamienie. Tam obowiązkowo trzeba nałożyć na głowę kask. Pokonanie tego fragmentu trasy wygląda tak, że wychylamy się zza załomu skalnego, patrzymy w górę czy coś się „kurzy” i jeśli nie, to przebiegamy jak najszybciej się da. Mimo odczuwalnego zmęczenia i plecaka, który waży przeszło 20kg, nie widziałem, żeby ktoś tam nie biegł. Na tą chwilę wszyscy odzyskują siły – dzieli się wrażeniami. Niezapomniane widoki – granie i lodowce, no i kawa w Goutier podawana w półlitrowych miseczkach – z tym też kojarzy się Grzegorzowi dziś Mont Blanc.
Aconcagua i „Balnk” zimą wciąż czekają
Mont Blanc miał być dla niego tylko sprawdzianem przed wejściem na Aconcagua liczącym sobie 6962 m. n.p.m. najwyższym szczytem ziemi poza Azją. – Mont Blanc miał być dla mnie sprawdzianem, jak mój organizm reaguje na dużą wysokość, na przebywanie dłuższy czas na lodowcu – czy wytrzymam taką wyprawę kondycyjnie – tłumaczy. Na Aconcagua nie wystarczyło jednak pieniędzy, ale jak zapewnia góra wciąż na niego czeka.
Do wyprawy na „Blanka” specjalnie się nie przygotowywał. Owszem musiał zgromadzić niezbędny sprzęt. Kupił ciepłe, nieprzemakalne, wysokogórskie buty, ze sztywną podeszwą i przystosowane do zakładania raków, do tego odpowiednią bieliznę, polarowe spodnie, ciepłą kurtkę, wyposażoną w odpowiednie systemy zabezpieczające przed wiatrem, turystyczne kijki oraz „czołówkę” – czyli lampkę zakładaną na głowę i ochronną folię. Resztę tj. namiot ekspedycyjny, raki, czekany, kask, śpiwór, uprzęże i kuchenkę turystyczną pożyczył od znajomych. Kondycyjnie jednak lekko pokpił sprawę. „Rozgrzewał” tylko nogi w Tatrach. – Znajomy, który był najmocniejszy kondycyjnie przygotowywał się w ten sposób, że z wypełnionym kilkoma 5-litrowymi baniakami z wodą plecakiem „zasuwał” kilkanaście razy dziennie po schodach 10-piętrowego bloku. U mnie brak kondycyjnego przygotowania objawił się czwartego dnia wyprawy podczas zejścia. Mocno wtedy opóźniałem marsz i doszliśmy do stacji kolejki po 21, a ostatnie wagoniki zjeżdżały o 18. Pozostało nam na kolacje i nocleg około 200ml wody, więc, gdy rano kupiliśmy sobie colę, to jeszcze nigdy żaden napój nie smakował mi tak jak ona – mówi. Dziś oglądając 2 tys. zdjęć z wyprawy, pytany o powrót na Blanka mówi, że chciałby spróbować jeszcze zimą. – Muszę nabrać jednak więcej doświadczenia – kończy.
| « poprzedni | następny » | « wróć |