W walizce wozi Anię. Właściwie „małą Anię” – fantoma, który służy mu do szkoleń z zakresu pierwszej pomocy. Ma też ze sobą sztuczną krew i rany, które działają na wyobraźnię, tych których uczy reakcji, gdy wypadek zdarzy się naprawdę. Wielu z nich wraca do niego, mówiąc: Dzięki tobie uratowałem życie! Lektor, Paweł Nowicki to ratownik medyczny i jedyny w Elblągu instruktor PCK.
Gdy umówiłem się z Pawłem na spotkanie, ten akurat organizował szkolenie dla licealistów. W czerwonym stroju z emblematami PCK, pokaźną walizką pod pachą i uśmiechem zaczyna opowiadać o tym co przed kilku minutami robił. – To był 2 godzinny pokaz instruktarzowy. Rozkręcić towarzystwo było trudno, ale gdy wyjąłem sztuczne rany i krew, wzrosło zaciekawienie i chętni do prezentacji zaczęli zgłaszać się sami.
Nauka nie poszła w las
Krew i sztuczne rany przypominają prawdziwe. Takie z pewnością wykorzystywane są w filmach. – Tubka 500 ml tej krwi kosztuje ok. 60 zł. Rany szarpane, postrzałowe, od ukąszenia węża, które się przykleja na skórę, to zestaw za naprawdę grube pieniądze – wyjaśnia. Warte jednak każdej sumy, bo dzięki temu że na szkoleniu działają na wyobraźnię, imitując prawdziwe zdarzenie, w przyszłości mogą uratować życie. Życie uratować pośrednio może też Mała Ania – manekin, z którym Paweł często podróżuje na szkolenia. – Służy do wykonywania resuscytacji i reanimacji, a więc zabiegów podtrzymujących życie, czyli prościej mówiąc masażu serca i oddychania usta-usta – wyjaśnia młody ratownik medyczny. Oprócz pokazów dla szkół, prowadzi też szkolenia; dla urzędników, zakładów pracy. – Te trwają od 5 do 16 godzin. Często zdarza się, że po ich zakończeniu spotykam kogoś kto przychodzi do mnie podziękować i pochwalić się, że udało mu się uratować komuś życie – mówi.
Na początek koc i telefon na pogotowie
Paweł zresztą życie ratował już wiele razy. – Pamiętam, gdy ratowałem pijanego chłopka, który wpadł pod tramwaj, gdy w czerwonych wdziankach wracaliśmy z kolegą z pokazów medycznych przy okazji finału XVI Orkiestry Świątecznej Pomocy, motocyklistę gdy jechałem z tata samochodem, czy dziewczynę, której autobus tak zmiażdżył nogę, że niemal amputował – wspomina. – Była sparaliżowana, płakała. Zakryłem ją kocem, zapewniając ciepło i komfort psychiczny do przyjazdu karetki. Czasem tylko to możemy zrobić. Innym razem robię masaż serca i wentylację za pomocą defibrylatora, czyli urządzenia z elektrodami, które gdy ustanie praca serca w pierwszej minucie może zwiększyć szanse na przeżycie do ponad 70 proc. – dodaje.
Paweł uczula jednak, że najprostsze czynności; telefon na pogotowie, okrycie kocem, bycie i rozmowa z poszkodowanym może i powinien zrobić każdy. – Po to są te szkolenia by w decydującym momencie przełamać lęk i działać – mówi.
Ksiądz - ratownik?
Dziś jest nie tylko instruktorem PCK i ratownikiem medycznym, ale i ratownikiem wodnym WOPR. – Ratownik medyczny nie ma prawa wejść do wody, a ja chciałem też pomagać tym, którzy się topią – argumentuje krótko. Pomocy uczył się już w… liceum. Na zawodach z pozoracji, czyli umiejętności ratowania w zainscenizowanych wypadkach, był wybijającą się postacią. – Starowałem przez trzy lata. Pamiętam, że gdy startowałem podczas matury i przeszliśmy wraz z trzema kolegami wszystkie stacje ratując osoby pozorujące uraz, przebrałem się w garnitur i pojechałem odebrać świadectwo, nawet nie wiedziałem jak nam poszło. Okazało się, że byliśmy najlepsi w województwie – wspomina, dodając, że te zawody nauczyły go wiele. Gdy kończę nasze spotkanie pytaniem o powołanie do ratowania ludzi, Paweł odpowiada: Kimkolwiek bym nie był; urzędnikiem, księdzem, będę robił wszystko, by pomóc drugiemu człowiekowi. Jestem lektorem i ratownikiem. W przyszłości chciałbym połączyć ratowanie duszy i ciała, bo to największy dar – mówi. Ksiądz ratownik? – Tej furtki nie zamykam…
| « poprzedni | następny » | « wróć |