Pole przysłania dym armat i muszkietów. Na rozkaz dowódcy blisko 20 koni jednocześnie galopuje środkiem łąki z prędkością około 50 km/h. To husaria. – opisuje jedną z rekonstrukcji historycznych Krzysztof Tomal, na co dzień ministrant od święta husarz.
Krzysztof 20-letni lektor parafii św. Jana z Kęt wRumihistorycznymi rekonstrukcjami bitew pasjonuje się od czterech lat. W tym czasie brał już udział w 15 tego typu imprezach. – Na ogół jestem jednym z husarzy, a więc jeźdźcem ciężkiej konnicy, która walczyła w XVII wieku. Zdarza się też, że uczestniczę w bitwach rodem z XV wieku – wyjaśnia. Jedna z największych rekonstruowanych bitew ma miejsce w Gniewie. Prócz Krzyśka na śródzamczu uczestniczy w niej 150 osób. – Jest tam drewniana zabudowa, coś na styl obronnych murów, a także drewniana makieta domu. Na palisadzie usadawia się jedna ze stron. Co rusz atakują to jedni, to drudzy. Jest kilka najazdów konnicy, kilka spięć indywidualnych grup pieszych. W międzyczasie podpalana jest makietka domku, w błocie leżą ludzie udający martwych. Po wystrzałach z 5 armat i blisko 70 muszkietów i samopałów powstaje gęsta mgła. W tle mamy krzyczących rannych, leżące na ziemi konie wraz z przytrzymującymi je jeźdźcami. Szczęk broni, błyskające w ogniu zbroje, okrzyki walki, a wszystko to wzbogacone komentarzem, muzyką i grą świateł. I tak przez 2-3 godziny – relacjonuje Tomal, dodając, że po zakończeniu potyczki wojska z pochodniami maszerują po ulicach Gniewu do miejsca, gdzie potem odbywa się uroczysta uczta. Tam grają zespoły muzyczne, a licznie zgromadzeni obserwatorzy biorą udział w festynie.
W irlandzkiej stajni na zbroję
By wiernie oddać klimat bitew, takich jak ta w Gniewie, trzeba włożyć bardzo wiele pracy, ale i pieniędzy. – Przed każdą z bitew czytam historyczne książki, rozmawiam też z ludźmi, którzy mogą jeszcze poszerzyć moja wiedzę – mówi Krzysztof, dodając, że taka rekonstrukcja to świetna lekcja historii nie tylko dla uczestników, ale i obserwatorów. A wszystko to także za sprawą sprzętu i strojów. Te nie są tanie. – Minimalny koszt zbroi husarza to 4 tys. złotych. Jest ona robiona na wymiar. Do tego dochodzi szabla za 500 zł, kopia za minimum tysiąc. Są jeszcze skrzydła, koncerz, pistolet, nadziak – wymienia koszty samego uzbrojenia. Spore wydatki Krzysztof musi ponieść też na ubiór. – Husarz to zamożny szlachcic, dla którego ubranie zamawiam w hurtowni, by później oddać materiał do krawca. Mam trochę łatwiej, bo moja mama jest krawcową. Koszt materiałów to 300 zł. Z nich powstają potem: delia (płaszcz) z mosiężnymi guzami (guziki), futrzana czapka szlachcica z zaponą (ozdoba czołowa) i piórem, pasy – rapcie pod szable ze zdobieniami, skórzany bukłak do wody. To wszystko to wydatek kolejnych setek złotych – mówi, dodając, że nie należy zapominać też o koniu. Całe wyposażenie Tomal zbierał przez 3 lata, chwytając się dorywczych prac. – Na zbroję zapracowałem jako stajenny w Irlandii – wspomina dwa sezony trudnego oporządzania koni.
Jak bohaterscy rycerze
Tytaniczną pracę wykonać należy też przed bitwą. – Trzeba zakonserwować zbroję, oczyścić ją z rdzy, kilkakrotnie nacierać wazeliną, a następnie polerować. Podobnie rzecz ma się z bronią. Ubrania muszą być wyprasowane, pasy naoliwione, buty wypastowane, a ozdoby wypolerowane. Trzeba też oporządzić konia, a potem założyć na siebie cały osprzęt husarski, a więc żupan, kirys i naplecznik, naramienniki, karwasze, hełm, szable, bukłak z wodą, sakwy. Wszystko razem waży około 40 kg, stąd dobrze jest mieć osoby, które pomogą nam się ubrać i usadowić w siodle – zaznacza, dodając że w całym uzbrojeniu wraz z koniem waży ponad 1100 kg.
Ogromny wysiłek i włożona praca nie tylko Krzysztofa, ale i jego kolegów z historyczno-pokazowej grupy Chorągiew Wejhera dają błyskawiczną, a przy tym bardzo atrakcyjną lekcję zamierzchłej historii Polski. Dzięki zaangażowaniu w hipoterapię dla niepełnosprawnych dzieci dają coś jeszcze: mogą się one poczuć choć przez chwilę jak bohaterscy rycerze, jak mówi Krzysztof.
| « poprzedni | następny » | « wróć |