pasjonaci

 
Grubba w koloratce
autor: Michał Bondyra

Zaczynał na stole zrobionym przez ojca. Później był mistrzem Polski kadetów. Był też w kadrze juniorów, a od kiedy został księdzem i ma czas, wygrywa wszelkie możliwe mistrzostwa Polski księży w jego ulubionym tenisie stołowym. Kto wie, może gdyby ks. Łukasz Lewandowski nie został kapłanem, dziś święciłby triumfy na miarę idola z dzieciństwa Andrzeja Grubby?

 

Jak sam wspomina, bakcyla do ping-ponga zaszczepił mu jego ojciec Grzegorz, swego czasu trener Budowlanych Poznań. – To była pierwsza klasa szkoły podstawowej. Ojciec rozkładał ławę, na niej kładł zrobiony przez siebie stół i serwując, trenował mnie „na piłki” – wspomina kapłanz poznańskiej parafii Matki Boskiej Odkupiciela, dodając, że mieszkał wtedy w bloku, a największy pokój był codziennie zarezerwowany na treningi. – Początkowo się buntowałem, bo chciałem grać z chłopakami w piłkę – przyznaje.

 

Najpierw sukcesy, potem liga

Jednak jego talent wciąż się rozwijał. – Tata zaprowadził mnie do szkoły podstawowej nr 80, gdzie pod okiem wuefisty Krzysztofa Gogolewskiego rozpocząłem treningi na normalnej sali – wspomina. Później był San Poznań i pierwsze sukcesy. – W czwartej klasie po raz pierwszy pojechałem na mistrzostwa Polski kadetów i od razu zająłem trzecie miejsce. Później udało mi się też zdobyć w tej kategorii mistrzostwo Polski – mówi o swoich sukcesach. Wkraczając w wiek juniora, wciąż był w ósemce najlepszych w kraju. – Wtedy jednak postawiłem na ligę. Grałem kolejno w poznańskim Sanie, Intaraku Czarnków i Jezioraku Międzychód. Choć byłem najmłodszym zawodnikiem w lidze, punkty w meczach 2. czy 1. ligi zdobywałem na równi ze starszymi kolegami – zaznacza. Tamten okres ks. Łukasz wspomina bardzo miło, choć 2,5-godzinne treningi dzień w dzień dawały „do wiwatu”. – Już wtedy zawsze miałem taką praktykę, że codziennie byłem na Mszy Świętej, niezależnie czy trenowałem w Poznaniu, czy jeździłem na obozy kadry. Przed ważnymi meczami, kiedy wszyscy spali, wcześnie rano wstawałem na modlitwę i oddawałem sprawy mojej gry – mówi kapłan, dodając, że koledzy nie brali z niego przykładu, a raczej bardzo się temu „uduchowieniu” dziwili.

 

Mistrzostwo po święceniach

Powołanie było w księdzu Łukaszu chyba od zawsze. Powołanie nie tylko do kapłaństwa, ale i ping-ponga. – Pierwszy raz w mistrzostwach Polski księży wziąłem udział zaraz po moich święceniach. To było w Tarnobrzegu. Później jeszcze dwa razy grałem w Bydgoszczy oraz przed kilkoma tygodniami w Pniewach – wspomina. O swoim udziale mówi skromnie: „z każdych mistrzostw udało mi się wrócić z mistrzostwem indywidualnym, w mojej kategorii wiekowej i w rywalizacji drużynowej. Chociaż nie, raz w Bydgoszczy nie wywalczyłem złota w drużynie, bo... musiałem zostać w parafii na bierzmowaniu”. W ostatnim turnieju mistrzowskim wygrał wszystkie mecze, oddając tylko jednego gema! – To było w ćwierćfinale, ale gdyby nie dwie piłki, mogłoby być różnie – mówi. Jako kapłan nie trenuje jednak tyle co kiedyś. – Obowiązki w parafii nie pozwalają na regularne treningi. Od czasu do czasu chodzę na salę, gdzie trenuje mój ojciec, choć przed mistrzostwami w Pniewach przez dwa miesiące regularnie, godzinę w tygodniu grałem z moim o 6 lat młodszym bratem Piotrem, zresztą też ligowym tenisistą – tłumaczy ks. Lewandowski.

 

Są następcy?!

Do swoich atutów zalicza backhand i serwis, który, jak sam przyznaje, pozwala „odskoczyć na kilka punktów i później spokojnie kontrolować mecz”. Czy m.in. tego uczy też ministrantów? – Więcej swoich umiejętności udało mi się przekazać chłopakom w mojej pierwszej parafii św. Józefa w Opalenicy. Do tego stopnia się paru z nich zapaliło, że dziś grają w trzeciej lidze. W obecnej parafii króluje piłka nożna, która jest tu na naprawdę wysokim poziomie. Choć paru ministrantów wybrało ping-ponga – odpowiada ksiądz. Kto wie, może spośród nich narodzi się mistrz na miarę idola księdza Łukasza z dzieciństwa?

 

« poprzedni   |   następny » « wróć
Czy zachowuję piątkowy post od pokarmów mięsnych
TAK
NIE
[ wyniki | poprzednie ]
Głosów: 650