Przeżyłem trzęsienie ziemi, nie mogłem też złapać równowagi w z pozoru normalnym pokoju, układałem wiersze z robotem, a by tego było mało podsłuchiwałem za pomocą lasera wzorem specjalistów z CIA. Niezwykłe? Tak jak Centrum Nauki Kopernik.

Z zewnątrz Centrum niczym się nie wyróżnia. Przypomina raczej targowe hale. Targowy gwar panuje też wewnątrz. Trudno się temu dziwić skoro od listopada odwiedziło już je ponad 300 tys. ludzi. Wszyscy oni podobnie jak ja starając się ogarnąć, dotknąć, nacisnąć każdy z 360 eksponatów reagują niezwykle spontanicznie… Dlaczego? Przekonacie się sami podróżując wraz ze mną po tym niezwykłym świecie, w którym spędziłem ledwie trzy godziny. Mało i dużo zarazem, bo by choć przez minutę zająć się każdym z eksponatów potrzebowałbym sześciu! Takiej dawki eksploracji nie wytrzymali jednak nawet najwięksi twardziele. – Trzy godziny w Centrum to standard. Rekordziści potrafią spędzić tu pięć. Jedni i drudzy, wychodząc obiecują, że tu wrócą – przekonuje pani Katarzyna Nowicka z Działu Informacji i PR Centrum Nauki Kopernik. Dlaczego? Zapraszam do wirtualnej podróży!
Struś za szybki, ale fakir nie taki straszny
Zaczynam od wystawy Człowiek i środowisko na… moście świętokrzyskim, a właściwie jego replice. Spaceruję po ogromnej makiecie stolicy, słucham dźwięków starówki, zaraz koło mnie przejedzie chyba tramwaj. W centrum dostojnie płynie Wisła. Odkrywam klapki zatopionych w mapie Warszawy tub. W jednej z nich witają mnie żyjące w Kampinosie łosie, w innej motyle. Gdzieś dalej szumią wierzby.
Skoro o beztroskim spacerze mowa to wcielam się w rolę ojca pokonującego kolejne przeszkody architektoniczne z wózkiem dziecięcym. Kostka brukowa, wystające kamienie, podjazdy, studzienki, drzwi… Sporo tego i wymaga siły i słów… wdzięczności dla borykających się z tym na co dzień mam i ojców.
Z siłą wiąże się kolejna makieta. Nigdy fizyki nie lubiłem, ale podłączyć kable do biura, domu i handlowej galerii może każdy. Grunt to nie pomylić wody (kabel niebieski) z gazem (czerwony) a nie daj Boże prądem (zielony).
Siłę w innym wymiarze pozwala sprawdzić nam Arena. Już bieżnia, na której biegnę co tchu pozbawia mnie złudzeń na to, że przegonię śmigającego 70 „na budziku” strusia. Rywalizację z sokołem wędrownym odpuszczam. Szybkość 320 km/h z jaką pikuje łapiąc ofiarę to ponad moje siły.
Niezwykłą areną jest nasz organizm. Wiedziałem o tym, ale nie aż tak namacalnie. Z kadłubka przy ścianie wyciągam 7 metrową linę – to moje jelito cienkie! Kto by pomyślał? A praca moich stawów? Ha, ta jest niezwykła – przekonałem się o tym pedałując na rowerze wraz… ze szkieletem. Ogrom wody w organizmie uzmysłowiła mi z kolei sporych rozmiarów tuba. Wchodzę na wagę, wpisuje wiek i płeć i… tuba zapełnia się wodą. W trzech czwartych objętości – podobno dobrze! Zanim przejdę do następnej wystawy czas na krótki relaks. Łoże Fakira nabite gwoźdźmi brzmi drastycznie. Nic jednak bardziej mylnego: okazuje się bowiem, że na analogicznym posłaniu zrobionym z drewnianych piłeczek jest bardziej niewygodnie!
Lustro jak szyba, a pion tylko po omacku
Mrok wita mnie w… Strefie Światła. Wraz z detektywem Wiktorem Fotonem i animatorem Łukaszem Mędrzyckim wchodzę w świat kryminalnych zagadek nękających Światłobrzeg. Najpierw pod mikroskopem przyglądamy się dowodom zbrodni. Są niezbite. Teraz kierujemy wiązkę lasera na oddaloną o metr szybę. Dzięki temu słyszymy szept osoby stojącej za nią. – To uproszczony model lasera podsłuchowego stosowanego przez CIA – rzuca Katarzyna Nowicka. Pokój przesłuchań. W nim lustro weneckie – w świetle zwykłe zwierciadło, w ciemności – szyba, zdradzająca, co jest po drugiej jej stronie. Przechodząc obok białych filarów świątyni mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi… znów moje oczy poddały się iluzji. A to dopiero początek.
Kolejne pomieszczenia. W pierwszym szczególna scenografia sprawia, że oglądająca mnie i animatora na monitorze pani Kasia widzi, że jestem o trzy głowy mniejszy od pana Łukasza. Warto dodać, że w rzeczywistości przewyższam go o 10 cm. W następnym wszystko z pozoru pasuje. Ściany, meble, żyrandol równiutkie i bez zarzutu. Przekraczam jego próg i… odpadam od jednej ściany i przyklejam się do przeciwległej. Co z moją równowagą? – To efekt Vertigo. Nic tu nie trzyma pionu. My staramy się pionizować, a nasze oczy dostosować do tego co widzą. Jeśli zamknie pan oczy, równowaga wróci – rozstrzyga zagadkę Łukasz Mędrzycki. Faktycznie z zamkniętymi oczami idę dalej bez problemu, aż do kryjówki przestępcy. Nieźle się urządził: świetlny bilard, kanapa i ukryty skarb, który muszę znaleźć. Udało się! Jeszcze klejnot – no tego już wziąć nie sposób. Lustra znów płatają figla.
Ziemia się trzęsie, roboty grają na scenie i tworzą wiersze
Choć w świecie światła ruchu było sporo to i tak dla mnie zbyt mało. Nadrobię to w Świecie w ruchu. Któż z nas nie chciałby latać? Ale nie samolotem, ale na przykład… perskim dywanem? Marzenia się spełniają: mała platforma unosi mnie kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Efekt niezwykły! Podobnie jak dwa lustra ustawione tak, że ruszając nogami i rękoma też mam wrażenie, że szybuję w powietrzu. Lot w kosmos, do tego na sankach, zapewnia mi kolejny przyrząd. Uff. Ale, najlepsze jeszcze przede mną. Tornado, które kształtuję za pomocą guzika i własnej dłoni to naprawdę nic w porównaniu z trzęsieniem ziemi, którego doświadczam siedząc na stole i patrząc w okno. Dwie minuty przy wstrząsie zaledwie 5,3 stopnia Richtera. I pomyśleć, że w Japonii ziemia trzęsła się niemalże dwa razy silniej!
Nic nie odstresowuje tak jak… bańki. Szczególnie te mydlane i gdy można do nich wejść lub za pomocą olbrzymiej aparatury stworzyć 10 metrowego giganta!
Nieco mniejszego giganta spotykam na spokojniejszym parterze. W Korzeniach cywilizacji siedzi na książkach blaszany robot. Inspirowany Stanisławem Lemem Elektrybałt to elektroniczny poeta, który zadane przeze mnie słowo przerabia na dowolny wiersz. Hajku ze słowem „dziennikarz” brzmi bezcennie. Bezcenne jest też przedstawienie, w którym grają… roboty, poruszające się za pomocą specjalnie sprężonego powietrza na specjalnie do tego celu skonstruowanej scenie. Hitem Teatru Robotycznego jest bajka „O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali”. Już pierwsze słowa „Dawno, dawno temu na biegunie galaktycznym był układ Oszustny…” wypowiedziane głosem Piotra Fronczewskiego zwiastują niezwykłe emocje. Te ostatnie tyle, że mniejszego kalibru czuję też grając na bębnie za pomocą pulsu serca.
***
Gdybym odwiedził Centrum Nauki Kopernik trochę później moja, a co za tym idzie, także i wasza podróż trwałaby pewnie nieco dłużej. A wszystko to za sprawą hitu ostatnich miesięcy. To dzięki niej moduł B warszawskiego Centrum wypełnia się młodzieżą. Mowa oczywiście o najmłodszym „dziecku Kopernika” – Re–Generacji. Tylko tam podobno można poczuć irytację albo komfort siedząc w pokoju doznań, wcielić się w świadka wypadku i odpowiadać na pytania, które z góry sugerują odpowiedzi. Można też powalczyć na miny z sympatycznym Feliksem – robotem, który idealnie odwzoruje każde nasze skrzywienie, uśmiech czy ruch brwiami. A jego kolega – robot portrecista odwzoruje sprawną ręką naszą twarz. Wdając się w dyskusję z kilkoma osobami i… komputerem możemy łatwo zgubić rachubę kto jest człowiekiem naprawdę a kto tylko maszyną. Skoro o dyskusji mowa – to podobno niezwykłą gratką dla tych, którzy marzą o karierze posła czy senatora jest możliwość wygłoszenia własnego expose z mównicy sejmowej. Trzeba jednak uważać, bo ważne jest nie tylko co, ale i jak mówimy. Weryfikacją stają się gwizdy lub brawa wirtualnych parlamentarzystów. Można też wcielić się w osobę udzielającą porad w telefonie zaufania, ale i zostać jednocześnie operatorem i aktorem dzięki zastosowanej już podczas telewizyjnych prognoz pogody technologii green box. A jeśli nie podobają nam się istniejące już miasta to dlaczego by nie zaprojektować swojego? Trzeba być jednak ostrożnym, bo każdy nawet najdrobniejszy szczegół decyduje o sprawnym jego funkcjonowaniu i zadowoleniu wirtualnych mieszkańców.
Brzmi intrygująco, prawda? Wierzcie mi, że dla kogoś, kto już liznął podróży z Kopernikiem po jego Centrum nawet bardzo. Prawdę powiedziawszy już nie mogę się doczekać powrotu do świata nauki firmowanego przez naszego wybitnego astronoma. Po co? By doświadczyć osobistej Re-Generacji…
Michał Bondyra
Fot. J. Rejkowski
![]()
| « poprzedni | następny » | « wróć |