gorący temat

 
Siedmiu wspaniałych
autor: Michał Bondyra

Każdemu z nich poza modlitwą dzień wypełnia praca. Przez lata zrodziły się u nich wąskie specjalizacje. Sięgają one pasieki, kuchni, piekarni, infirmerii i działu mechanicznego. Poznajcie historię siedmiu wspaniałych z Niepokalanowa.

 

Założony przez św. ojca Maksymiliana miasto-klasztor do dziś tętni życiem. Co rocznie przyjeżdża tu blisko milion pielgrzymów z całego świata. Wszyscy oni chcą poznać sekret świętości założyciela Niepokalanowa, pomodlić się w jego Bazylice, zwiedzić muzeum i miejsce, gdzie do dziś drukowany jest Rycerz Niepokalanej. Gdzieś w tle pielgrzymkowego zgiełku krząta się 140 mieszkających tam zakonników. Każdemu z nich poza modlitwą dzień wypełnia praca. W ten sposób doskonale realizują franciszkańską regułę, mówiącą o życiu z tego co sami wytworzą.

Brat Józef od medalików
Z niepozornych parterowych pomieszczeń dobiega trzeszczący dźwięk Gaude mater Polonia. To z przenośnego magnetofonu brata Józefa Zglińskiego. Muzyka w pracy w warsztacie działu mechanicznego towarzyszy mu od zawsze. A dokładniej od dziesięciu lat. Wskazuje na maszynę z nawiniętą aluminiową blachą, która zajmuje większą część małego pokoju. – Ten przyrząd jest teraz zepsuty. Ułamała się szpilka robiąca dziurki w medalikach – uzasadnia przestój w pracy. Urządzenie nie ma swojej nazwy – powstało specjalnie do produkcji medalików 5-6 lat temu. – W godzinę mogę zrobić ich nawet 4 tys. Ale muszę ją często rozbierać i czyścić więc trudno obliczyć dniówkę – mówi o możliwościach swojej podopiecznej. To co na psującej się raz po raz maszynie robi w godzinę, na prasach w kolejnym pomieszczeniu zajmuje mu nawet do trzech tygodni. – One wciąż działają, ale proces technologiczny jest tu znacznie dłuższy – tłumaczy trzy swoje podopieczne. Na dowód tego w dół z hukiem spada potężny stalowy kloc. Pod jego ciężarem kawałek aluminium odkształca się w wyryty na matrycy wzór. – Ten dopiero co się urodził – pokazuje z dumą ciepły jeszcze medalik. Brat Józef nad medalikami pracuje sam. – Trzy lata temu było nas tu więcej, teraz braci ubywa, a ci co są do tej pracy się nie garną. Pomagają mi tylko przyczepiać kółeczka – tłumaczy. Wie jednak, że produkcja medalików nie stanie: „Wysyłamy je po kraju, idą też w świat. Medaliki to apostolstwo!”

Brat Sławek ukojenie cierpiących
Apostolstwem brata Sławomira Fiłonowicza jest pomoc cierpiącym. W infirmerii, zakonnym szpitaliku chorymi zakonnikami opiekuje się od 15 lat. Leżą w nim sami bracia i ojcowie. Jest jednak wyjątek.– Jest tu pan, który kiedyś u nas pracował a dziś wiek nie pozwala mu na dalszą pracę – tłumaczy. Wśród dwunastu jego podopiecznych, pięciu wymaga stałej opieki. – To są ciężkie przypadki; udary mózgu, lewostronny paraliż. Kilka miesięcy temu brat przywiózł ze szpitala z Sochaczewa zakonnika z guzem jamy brzusznej z przerzutami do wątroby – wylicza. Zdarzają się też zawały. – Wtedy muszę wezwać karetkę, bo tu na miejscu nie ma lekarza – mówi brat Sławek, z wykształcenia pielęgniarz. – Lekarz do nas przyjeżdża co dwa tygodnie, jest jednak o każdej porze pod telefonem. W niektórych sytuacjach o tym co podać muszę decydować jednak sam – dodaje. Do pomocy w ma trzech braci i … siostrę franciszkankę. – Chodzi głównie o taką fizyczną pomoc przy kąpieli – wyjaśnia. Choć ta nie jest już tak bardzo potrzebna jak dawniej. – Każdy z chorych ma oddzielny pokój z łazienką, mamy też niezbędny sprzęt ortopedyczny, a niedawno zakupiliśmy specjalistyczne łóżka podnoszone elektrycznie – mówi z satysfakcją. Nie wszyscy mieszkańcy jego królestwa są jednak obłożnie chorzy. Są i tacy, którzy pamiętają jeszcze założyciela Niepokalanowa. – Najstarszy jest br. Leon Romanowski, ma 96 lat i osobiście znał św. Maksymiliana. W sumie świętego pamięta jeszcze trzech braci – mówi podczas pobytu w szpitalnej kaplicy dyskretnie wskazując na jednego z nich.

Brat Darek od pełnego brzucha
Choć 40 zakonników stołuje się w infirmerii to szefa kuchni – brat Dariusz Popławski naprawdę ma co robić. Musi wyżywić nie tylko setkę zakonników, ale i czasem nawet dwukrotnie większą liczbę pielgrzymów. A trafił tu przez przypadek. Na tygodniowe zastępstwo. – Ten tydzień trwa już 18 lat – śmieje się. Przygotowywanie posiłków zajmuje mu codziennie od 7 do 8 godz. Do pomocy ma dwóch zawodowych kucharzy oraz pięciu współbraci. W ogromnych kotłach gotuje zupę oraz ziemianki. Najmniejszy ma 150 litrów, największy 500. Co wymaga największej pracy? – Kotlety mielone, bo proszę sobie wyobrazić ile jest pracy przy formowaniu a potem smażeniu kilkuset klopsów – zaskakuje wyborem. Ulubioną potrawą wychodząca z kuchni brata Dariusza są jednak schabowe. Klasztorna kuchnia sama robi też surówki ze świeżych buraków, kapusty i sałaty. Smakują jak w domu. – Kisimy też ogórki i kapustę na zimę – wylicza. Obiady codziennie są inne. Codziennie jednak dwudaniowe. W środy i piątki postne. – Podajemy wtedy łazanki z kapustą, makarony z sosami i ryby – mówi. Dania ustalają wspólnie, po tak zwanej „burzy mózgów”. Weryfikują je jednak o zasadę: co jest dobre w domu na cztery osoby, jest czasem niewykonalne na 300. – Takie szaszłyki to u nas rzecz nie do zrobienia – daje przykład.

Brat Damian co daje chleb
Do kolejnego budynku wabi mnie piękny zapach świeżutkiego pieczywa. Sterylnie czysta piekarnia to jedno pomieszczenie z wydzieloną zasłonką. To królestwo brata Damiana Sadowskiego, który rządzi nim ledwie od marca. – Jako świecka osoba byłem piekarzem. W Wielkopolsce, bo pochodzę z Rogoźna. Więc papiery mam, chleb robię legalnie – śmieje się. W centralnym miejscu dumnie stoi olbrzymi piec. W jego rozgrzanym do czerwoności wnętrzu piecze się właśnie 150 chlebów. Może do niego wejść też 200 bułek. Poza nimi brat Damian piecze też rogale i drożdżówki. Nadzienie daje na surowe ciasto. A jest nie byle jakie: marmolada, owoce, budyń. – Słodkie bułki robię dla ojców, a chleb idzie do domu pielgrzyma – wyjaśnia. Mam szczęście, bo czas chlebów w piecu dobiega końca. Ponad dwumetrowym wiosłem brat Damian wraz z pomocnikiem wyjmują okrągłe bochny na przygotowaną pod oknem blachę. Pomocnik kropi je wodą. – Tak nadajemy im połysk – tłumaczy szef piekarni. Widząc końcówkę procesu wypieku pytam o jego początek. – Tu chleb pieczemy tradycyjnie, na zakwasie. Rano rozpalamy piec do ponad 200 stopni. Na tej desce formujemy ręcznie chleby. Potem przy 200 stopniach wkładamy je na trzy kwadranse do pieca. Wtedy ciasto rośnie, a my wyjmujemy je tą łopatką – krok po kroku odsłania tajniki wypieku. Kroję kawałek ciepłego chleba. Jego smaku nie da się porównać z tym co serwują sklepy.

Ojciec Grzegorz i brat Henryk miodu głębina
Pyszny chleb dobrze jest posmarować czymś słodkim. Miód z franciszkańskiej pasieki nadaje się do tego idealnie. By wyprodukować liczący 0,7 litra miodu słoik, mocno namęczyć musi się prawie 2,5 tys. pszczół. – W zeszłym roku z pierwszych dwóch dobrań 161 pszczelich rodzin dało nam 3,5 ton miodu – mówi o. Grzegorz Szymborski, pszczołami zajmujący się od 13 roku życia, w sumie 28 lat. Dobrania były z rzepaku, akacji i lipy. Te 161 rodzin mieszka w kilku rzędach franciszkańskich uli. Każdy kolor ula to inna rodzina. O. Grzegorz podaje kolejne liczby: „w rodzinie jest od 60 do nawet 80 tys. pszczół”. – Oprócz miodu, hodujemy też matki dla własnych potrzeb – wyjaśnia. – Część miodu dostają bracia, pozostały idzie na cukier i leki.
Zawsze ciągnęło go do pszczół. Nie zrażał się do nich nawet, gdy go żądliły. Podobnie szef pasieki – brat Henryk Kujawa, który próbkę swej odwagi daje na moich oczach. Bez żadnej maski ani rękawic otwiera ul, wcześniej go odymiając. Chwyta za ramkę, na której siedzą tysiące pszczół i zagarnia je dłonią niczym drobne kamienie z plaży. – One nas nie poznają, to my musimy nauczyć się ich zwyczajów – podsumowuje trafnie.
W kociołku temperatura sięga 100 st. – Teraz topię w nim wosk, potem wyleję go w ramki i przepuszczę przez walec. Poczekam aż ostygnie, wygraweruję wzorek i docięte ramki włożę pod 24 volt – opisuje węzę o. Grzegorz. – Taką ramkę z węzą wkłada się później do ula, by na niej pszczoły mogły zacząć składać miód – wyjaśnia o. Jacek Staszewski, który terminował w pasiece.

Brat Jarek od gromów i świateł
Czym byłby pokarm dla ciała bez tego dla ducha? Przedstawienie Męki Pańskiej w Niepokalanowie zaspakaja tę drugą potrzebę w całości. Gaśnie światło, z łoskotem po szynach wtacza się majestatycznie pierwsza dekoracja. Na olbrzymiej scenie Jezus dostojnie wjeżdża do Jerozolimy. Niedziela Palmowa – pierwsza z ośmiu scen Męki Pańskiej. Sugestywnie ruszające się gipsowe figurki bardzo dobrze odwzorowują to, co działo się dwa tysiące lat temu. Miękki i niski głos narratora dodaje przedstawieniu należytej powagi. Głosu użyczył śp. Janusz Zakrzeński, który niecałe dwa lata temu zginął pod Smoleńskiem. Liczący nieco ponad trzy kwadranse pokaz kończy budząca grozę iluminacja Ukrzyżowania. Z totalnej ciemności wyłaniają się trzy krzyże. W tle słychać grzmoty i błyskawice. Trwa to niecałą minutę. Wrażenie pozostaje jednak znacznie dłużej.
Jego sprawcą są konstruktorzy bracia Felicissimus Sztyk i Włodzimierz Błaszczyk, którzy w latach 60-tych XX w. wykonali ruchome figurki i oświetlenie. Jest nim też brat Jarosław Kochański, który Mękę Pańską obsługuje dopiero od pięciu miesięcy. – By się tego wszystkiego nauczyć zeszło mi trzy tygodnie. Takiej dzień w dzień nauki – pokazuje scenariusz całego przedstawienia. W nim co do sekundy rozpisane jest nie tylko zapalanie i gaszenie świateł z jednego z trzech ich rzędów podpiętych do sufitu sceny, ale i dodatkowe ruchy figur. – Tą kierownicą kieruję rękoma postaci, a tym hamulcem podnoszę ręce Pana Jezusa w Ogrójcu – zdradza brat Jarosław. Za światła i efekty specjalne odpowiadają przyciski licznie rozrzucone na pulpicie. – Jak dzieciaki mocno rozrabiają, to je pogłaśniam. Wtedy jest cisza, jak makiem zasiał – śmieje się. – Z kolei ci, którzy podczas pierwszych siedmiu scen śpią, budzą się natychmiast przy grzmotach – kończy mocnym akcentem raz jeszcze prezentując Ukrzyżowanie, tyle że tym razem już od kuchni.

Michał Bondyra

fot. R.Woźniak

 

 

 

 

 

« poprzedni   |   następny » « wróć
Czy zachowuję piątkowy post od pokarmów mięsnych
TAK
NIE
[ wyniki | poprzednie ]
Głosów: 650